by Rafał Santoro - Jak nie pracować przez całe życie

Wrażenie że ceny mieszkań zawsze idą do góry

30/04/2019 by Rafał Santoro
Wrażenie że ceny mieszkań zawsze idą do góry

Też masz wrażenie, że ceny mieszkań mogą iść tylko do góry?

Stopy procentowe są niskie. Każdy kto chce, może w kredycie kupić wymarzone „em”. Dorośli zapomnieli już o kryzysach z 2001 i 2008 roku. Ci młodsi (jak ja) nie pamiętają ich w ogóle.

Fajnych mieszkań brak, ceny idą do góry. Poruszając ten temat z innymi często wspominają, że kiedyś metr kwadratowy był po 2000 zł, a działki budowlane schodziły po 6000 zł za kilka arów.

Ceny mieszkań nieustannie (z wahaniami) idą do góry. Powstaje wrażenie, że tak jest i tak będzie już na zawsze.

Trzeba kupować póki ma się hajs lub zdolność kredytową, bo lepiej już nie będzie. Zwłaszcza wtedy, kiedy kupuje się dla siebie a nie pod inwestycję i te 10% więcej nie robi różnicy.

Ale czy na pewno?

Moje rodzinne miasto

Moje rodzinne miasto liczy 200 tys. mieszkańców.

Kiedy byłem dzieckiem, w okolicy stały tylko dwa bloki. Dookoła łąki i nieużytki, które podpalałem i budowałem domki z kradzionych desek – innymi słowy, wykańczałem nerwowo rodziców.

Była jedna droga dojazdowa, mały sklepik z podawaniem z za lady i tyle.

Teraz, 20 lat później, tych łąk już nie ma. Jest beton i kolejne bloki. Kilkadziesiąt nowych budynków w tej jednej części miasta.

Fajnie, ludzie przyjeżdżają do miasta, życie się kręci. Z ciekawości sprawdziłem liczbę mieszkańców dzisiaj i 20 lat temu. Nie zmieniła się.

Byłem zaskoczony, jak to możliwe? Miasto urosło i zagęściło się, a ma tyle samo mieszkańców? Coś tu jest nie tak, ale dobrym przykładem jest choćby moja rodzina.

Moja rodzinka

20 lat temu mieszkaliśmy w 5 osób na 64 metrach kwadratowych. Dzisiaj jest to sumarycznie 250 m² (każdy mieszka osobno). Przestrzeń dostępna dla jednego członka rodziny zwiększyła się czterokrotnie, a jesteśmy tylko zwykłą klasą średnią.

Ludzie zwiększają poziom zamożności, stać ich na kupowanie większych mieszkań. Dzieci już nie mieszkają z rodzicami, biorą kredyty i zakładają rodziny. Znajomy który nie planuje nawet zakładania rodziny niedawno powiedział, że „Kupiłbym se takie wygodne 50 m²”. Dla mnie 34 m² jest nawet za duże, ale skoro można kupić większe, to dlaczego nie?

Jest hossa, jest dobrze. Niedługo socjalizm w naszym kraju napompuje sociał do tego poziomu, że nie będzie się opłacało pracować. Zasiłki wystarczą na spłaty rat.

Dobrobyt nie będzie trwał wiecznie

Kiedy przyjdzie kryzys, zacznie się kompresja powierzchni. Wynajmujący kawalerki przerzucą się na wynajmowanie pokoi. Młodzi wynajmujący pokoje wrócą do rodziców (jak bezrobotni studenci w Hiszpanii).

Ceny spadną i ten kto będzie miał gotówkę/walutę/złoto będzie zbierał żniwa – mieszkania z wyprzedaży, bo na szyjach mniej ostrożnych rodzin zaciśnie się kredytowa pętelka.

Prędzej czy później coś musi jebnąć. Polska to nie kraj otoczony oceanami i spokojnymi sąsiadami. Pauza geopolityczna po upadku ZSSR się kończy, przewaga USA słabnie i tym samym stabilizacja systemu światowego.

Chiny, Niemcy, Iran i Rosja szykują się do nowego koncertu mocarstw, a to oznacza turbulencje w naszym regionie.

A może fiskalny dobrobyt będzie trwał wiecznie?

A może kryzys szybko nie nadejdzie? Dodruk waluty przez banki centralne i ratowanie upadających instytucji załatwi sprawę. Zasiłki dla mas, darmowe kredyty. Inflacja i dalsze dmuchanie cen nieruchomości.

Po dupie dostaną oszczędzający, a najbardziej ci, którzy dopiero wkraczają w dorosłe życie. W rok odkładają mniej niż drożeją mieszkania.

Kolega który dopiero zaczął pracować oszczędza 24 000 zł rocznie (jest całkiem oszczędny), a w rok ceny krakowskich kawalerek poszły w górę o 40-50 tys. Jak mu to uświadomiłem to zmienił zdanie o 500+.

Kryzys jest potrzebny

Bez kryzysu i przebicia baniek spekulacyjnych będziemy musieli zastanawiać się, czy lepszy jest strzał w kolano czy łokieć. Kupować drogie mieszkania czy trzymać gotówkę narażoną na inflację?

Ja póki co siedzę na gotówce, ale naiwnie szukam jakiejś kawalerki do kupienia. Liczy się dla mnie dochód pasywny i kolejny 1000-1500 zł z wynajmu byłby mile widziany. Przepłacenie 20-30 tys. zł w dłuższej perspektywie mnie nie za boli, ludzie wydają tyle na pierdoły z których nic nie mają.

Ale kiedy oglądam kawalerkę za 300 000 zł która jest „taka sobie” to przechodzi mi ochota na zakup.

Sam już nie wiem. A Wy co sądzicie? Ja nie pamiętam innych czasów więc nie mam porównania.