by Rafał Santoro - Jak nie pracować przez całe życie

Chcę mniej pracować. Co na to zwykli ludzie?

10/01/2020 by Rafał Santoro
Chcę mniej pracować. Co na to zwykli ludzie?

Co powiedziała moja mama kiedy usłyszała, że chcę mniej pracować? Co powiedział mój kierownik?

Wspominałem już o tym, że zabrałem się do obcinania swojego etatu. Na początek udało mi się wynegocjować 4.5/5 (wiem, dziwnie to wygląda, ale reklamacje do mojego kierownika). Dzisiaj Wam opiszę jak ludzie z którymi pracuję i znajomi to komentowali.

Chcę mniej pracować, ale trudno tu o zrozumienie

Jedna managerka powiedziała, że „za chwilę wróci z płaczem jak tylko zobaczy mniejszą wypłatę„. Cóż, zapewne nie wie, że od kilku lat oszczędzam ponad 50% wypłaty, a nie wydaję, i mogę sobie pozwolić na taki komfort. Przy okazji przykre jest to, że w naszym kręgu kulturowym domyślnym stanem jest wydawanie wszystkich pieniędzy i życie od wypłaty do wypłaty.

Mój kierownik powody mojej decyzji skwitował, że „nie są ani ważne, ani nieważne, choć w sumie żadne„. Poczułem się, jakbym zrobił coś złego wykazując brak motywacji do pracy na pełen etat przez kolejnych 40 lat 😛

Mój tata powiedział mi „nie wygłupiaj się, nie ma co kombinować tylko zarabiać„. Jego akurat w pełni rozumiem. Utrzymywał trójkę dzieci w bardzo pojebanych latach 1985-2000. Zmiany ustrojowe, szalejące stopy procentowe i do tego kredyt na mieszkanie. Żadna z rodzin nie pomagała moim rodzicom, żadnego mieszkania od rodziców, nawet zajmowania się dziećmi. Brak infrastruktury (place zabaw, boiska, chodniki), do sklepów daleko bo były 4 na osiedlu, a teraz to samych supermarketów jest więcej. Dlatego nie dziwię się tacie, woli żebym się zabepieczył na wszystkie możliwe sposoby.

Jedyną pozytywną reakcję wykazały moja mama i siostra („Oooooo no to super!„). Choć czasami z tego śmieszkują to wiedzą, że ogarniam finanse i nic mi nie będzie.

Ciekawie do sprawy podeszła koleżanka na dorobku z pracy: „ale po co ci to? Ja gdybym mogła to bym robiła nawet w soboty„. Niedawno wzięła ślub, szukają z mężem mieszkania. Choć gdybym ja miał żonę i zarazem drugą wypłatę w budżecie domowym, to oszczędzałbym już jakieś kosmiczne kwoty. Wtedy można podzielić koszt wynajmu mieszkania dla siebie jak i wszystkich wspólnych sprzętów. Samemu oszczędzam 64-68% zarobków, a dzieląc koszty na dwójkę byłoby to pewnie z 70-80%.

Kolega zapytał „a nie wolisz brać pracę z domu w piątki i się po prostu opierdalać? Wolny czas a kasa ta sama”. Nie chcę tak robić, bo nawet praca z domu to jednak smycz w postaci laptopa, nie może się człowiek na spokojnie skupić. Wolę święty spokój.

Cała reszta

Oprócz tego od innych wiele razy usłyszałem „ale po co ci to?!„. Ze zdziwieniem w głosie i lekkim niedowierzaniem/pogardą. Tak jakbym zamierzał odpalić petardę i schować ją do kieszeni.

Poza dwiema lekko pozytywnymi reakcjami wszyscy krzywo popatrzyli na mój pomysł. To pokazuje w jakim stopniu etatowcy utknęli w wyścigu szczurów.

Wyobrażałem to sobie zupełnie inaczej, sądziłem że kiedy wytłumaczę po co mi mniejszy etat to ludzie stwierdzą, że faktycznie fajnie byłoby mieć wolnego czasu na hobby, rodzinę, znajomych czy odpoczynek. Ale nic z tego.

Do większości korpo szczurów te argumenty nie docierają. Po pracy nie mają na nic czasu, ale kiedy ktoś wymyśla na to sposób, to nie mogą połączyć dwóch kropek. Dorośli ludzie, z wykształceniem technicznym.

Często pytali „no i co zamierzasz zrobić z tym wolnym czasem?” z tonem jakby kazali mi się tłumaczyć z błędu który popełniam. Kompletnie tego nie rozumiem więc traktuję z przymrużeniem oka, a nawet dwóch.

Zazwyczaj jeśli robisz coś lepiej niż inni (więcej oszczędzasz, regularnie trenujesz) – to ludzie już nie chcą tam zaglądać. Wolą dostroić się do średniej albo równać w dół. Na przykład w zachodnich mediach promuje się osoby skrajnie otyłe tym samym im szkodząc – ekstremalna nadwaga grozi ich życiu.

Jedyna słuszna linia to linia partii

Ludzie nawet nie biorą pod uwagę, że można pracować mniej. Każdą podwyżkę konsumują, ich styl życia się rozrasta i potrzeba coraz więcej pieniędzy.

Gdyby zatrzymać swoje koszty życia na wygodnym poziomie (u mnie ~3000 zł) to z każdą podwyżką stać na więcej wolnego czasu. Problem jest w tym, że trzeba się powstrzymać i nie wydawać. To jest trudne, bo trzeba wiedzieć czego się chce. A większość ludzi nie wie i wydaje na chwilowe zachcianki podsuwane ze wszystkich stron.

Trudno oprzeć się kulturowemu bombardowaniu wzorcami. Telewizja, social media, reklamy, filmy – to wszystko zachęca nas do jak najszybszego kupowania dóbr i konsumpcji treści. Nawet kultura w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat zmieniła się w konsumpcję.

Dlatego staram się unikać zobowiązań które mi nie pasują. Zastanowić się siedem razy zanim coś kupię. Czy chwilowy zastrzyk endorfin nie zamieni się w ból głowy? Chcę być z każdym miesiącem bliżej niezależności finansowej. Samemu decydować o której wstać rano i jak zagospodarować swój czas (zauważyłem że to przeraża wiele osób).

Jesteśmy zachłanni i chcemy coraz więcej. Łatwiej jest wydać pół wypłaty niż zaoszczędzić.

Czasami czuję się jakbym rozbił bank. Inni są na drodze do spędzenia całego życia w pracy. Żyją od pierwszego do pierwszego, a ja trzymam swoje wydatki w ryzach. Ich zobowiązania i stres rośnie, a u mnie maleje. Mam coraz mniej powodów do zmartwień.

Wolę się uwolnić od wyścigu szczurów. Zamierzam ciężko pracować nad swoimi projektami, ale lepsze to niż realizacja misji wielotysięcznej korporacji.