by Rafał Santoro - Jak nie pracować przez całe życie

Ludzie sukcesu czy nieodpowiedzialni guru?

30/04/2018 by Rafał Santoro
Ludzie sukcesu czy nieodpowiedzialni guru?

Czy łatwo jest wmówić komuś, kto znajduje się w ciężkiej sytuacji, że jeśli postara się jeszcze jeden raz, to mu się uda?

Byliście kiedyś na spotkaniu lub konferencji, gdzie za przykład sukcesu podawano np. Billa Gatesa, który nie ukończył szkoły, a osiągnął tak wiele?

Czy ktoś Wam kiedyś mówił, że Sylwka Stallone’a odrzucono na 1500 castingach zanim dostał pierwszą rolę w filmie i dlatego powinniście dalej próbować?

Ludzie sukcesu

Wszystko ładnie pięknie, tylko że to jest manipulacja. I to spora. Bo tacy goście nie wspominają, że na każdego Gatesa czy Jobsa przypadają tysiące, którym się nie udało.

Historie o tym, że gość bankrutował 17 razy zanim zarobił miliony brzmią świetnie. Tyle, że przypominają mi serial pt.: „Wygraj w Totolotka”. Niewielu się udaje.

Łatwo wmówić, że „musisz spróbować jeszcze tylko jeden raz! Olej szkołę i śpij trzy godziny dziennie, a na pewno ci się uda!”

Większości ludzi się nie uda, a ukończenie jakiejkolwiek szkoły to dla nich opcja na sensowny zarobek. Słaba bo słaba ale jest.

W jednej z książek Kominka, który jest jednym z polskich blogerów wszech czasów, napisał, że przez rok lub dwa rozwijania bloga nie zarabiał, utrzymywali go rodzice i nie robił niczego innego poza pisaniem. Początkujący bloger czytający taką poradę pomyśli sobie „Aaa haaaa! To już wiem co robić! Pierdolić wszystko i wszystkich, będę pisać dopóki się uda! Tak się osiąga sukces madafaka!”.

Taką poradę przeczytało pewnie z 10 000 raczkujących blogerów. Może dziesięciu z nich się uda dość na szczyt i potem będą powtarzać to samo. Olałem wszystko, pisałem i dzięki temu jestem wielki. Tylko że ci, którym się nie udało, nie opowiadają głośno o swojej porażce. Nikt nie jest zainteresowany historią przegranych.

Podobny schemat widzę wszędzie. Sukces wymaga poświęceń, ale nie każdemu jest to pisane.

Opcja zapasowa

Dlatego przed rzuceniem się z motyką na słońce warto zadbać o opcję zapasową. Ustabilizować sytuację na tyle, żeby można było łatwo wrócić jak coś nie wypali.

Wróciłem do Polski miesiąc temu. Siedzę sobie wygodnie w rodzinnym domu. Niedługo spłynie pierwsza wypłata zasiłku dla bezrobotnych – niezłe jaja, jeszcze tydzień temu nie wiedziałem, że można się załapać na takie coś. Do tego doliczam kilka stów za wynajem kawalerki. Biorąc pod uwagę jeszcze spore oszczędności mógłbym poświęcić 1/2/3/4/5 lat na rozkręcanie biznesu czy innego ustrojstwa.

Ale wolę nie. Po pierwsze, jestem na to za leniwy. Po drugie, ta opcja obarczona jest większym ryzykiem niż znalezienie etatu i przeczekanie tych kilku lat których mi brakuje na uzbieranie na wcześniejszą emeryturę.

Wolę powolne, iteracyjne podejście do sprawy. Wymyślić plan nr 1 na zostanie rentierem – 20 lat. Przemyśleć, ulepszyć i napisać wersję nr 2 – 15 lat. I tak dalej.

Wolę to niż szarpanie i słuchanie „Załóż firmę! Albo weź 13 mieszkań na kredyt!”. Serio. W takim rzucaniu się na głęboką wodę zawsze coś mi nie pasowało ale myślałem, że muszę, że tak trzeba. Bo tak się to robi.

Santoro, przez takie myślenie nie osiągniesz niczego wielkiego

Pomyśleliście sobie tak, prawda? Że w ten sposób się ograniczam?

Zapewne tak. Na pewno nie zostanę CEO firmy z listy Fortune 500. Nigdy nie zmienię życia 1 000 000 ludzi na lepsze, nie wymyślę leka na raka i nie poślę pająka z tatuażem w samochodzie w kosmos.

I całe szczęście. Bo nic z tych rzeczy nie znajduję się w mojej życiowej misji. Tak ją skonstruowałem, abym nie musiał osiągać niczego wielkiego, wymagającego hektolitrów czasu. Z punktu widzenia jednostki do szczęścia jest mi potrzebne bardzo mało. Im prościej, tym lepiej. To ile wydajesz na życie i co osiągasz nie oznacza, że Twoje życie jest „lepsze”. Popatrzcie ilu polityków, bankierów czy artystów się huśtnęło lub zachlało na śmierć.

Czasami dam się nabrać jakiejś mądrej głowie mówiącej, że muszę dążyć do wielkiego sukcesu i ciągle sięgać po więcej. Bo kto nie chciałby być bogaty czy sławny? Jeździć na konferencje i opowiadać jak to „W 1996 roku spałem z karaluchami i jadłem jedzenie ze śmietnika, bo ostatniego dolara wydałem na mój pomysł”?

Jak się chwilę nad tym zastanowię, to dochodzę do wniosku, że gdyby mnie to kosztowało niewiele wysiłku, to bym chciał. Ale jeśli miałbym się męczyć pracując po nocach, to dziękuję bardzo. Wolę wrócić do mojej przyziemnej, prostej jak cep misji.