Rafał Santoro - Blog o życiu, finansach i wcześniejszej emeryturze

Do pracy idę tylko po pieniądze

12/06/2017 by Rafał Santoro
Do pracy idę tylko po pieniądze

Często spotykam osoby, które mają wysokie oczekiwania względem pracy. Spodziewają się, że się będą realizować swoje pasje i będą uczyć się nowych rzeczy. A potem przychodzi moment rozczarowania, bo nie jest tak jak obiecano. Sam się na to kiedyś nabrałem, ale szybko się nauczyłem, że do pracy przychodzi się tylko po pieniądze. 

Pracodawca jeśli potrzebuje pracownika i się nadajesz, to powie ci wszystko, bylebyś się chciał przyjąć. Ich nie interesuje to, żebyś się rozwijał – ich interesuje tylko to, żebyś posłusznie odwalał swój kawał roboty. Sprzedajesz się (swój czas) za określoną kwotę, to jest biznes i tyle. Wierzę, że nie wszyscy pracodawcy kłamią na rozmowie, na pewno mają dobre chęci, ale w praktyce wychodzi później inaczej.

Sam się sobie dziwię, że jako świeży absolwent myślałem, że praca może być interesująca. Po studiach i ambitnej magisterce gdzie zbudowałem od zera zegar widmowy na transformatorze powietrznym myślałem, że w pracy dalej będę się rozwijać. Nic z tego. Zawsze dostaje się mały, nudny wycinek projektu, gdzie realizacja zadań wymaga użycia tylko ułamka mózgu. Przez cztery lata pracy były może trzy momenty, kiedy dostałem coś trudnego do zrobienia i musiałem ruszyć głową. To tylko 6% czasu spędzonego w pracy.

Zegar widmowy – płytka z diodami LED obraca się i zapala je w odpowiedniej chwili, dzięki czemu ma się wrażenie, że obraz jest nieruchomy

Praca to wymiana czasu za pieniądze. Jeśli oczekujesz czegoś innego, to się zawiedziesz. Jak ja mogłem myśleć inaczej, głupi ja. Bycie idealistą, to przypinanie sobie kuli do nogi. Mam znajomych, którzy przypinają sobie tyle kul, ile mogą.

Ciężkie przypadki

Pierwszego z nich, Węgra Zoltana, poznałem w pracy w UK. Pasjonat elektroniki i programowania. Coś jak ja, tylko dziesięć razy bardziej. Niestety, cały czas w pracy widział pole do poprawy i o to walczył. Każdy jego pomysł był dobry i miał sens, dlatego irytował się, kiedy menedżer raz za razem odrzucał jego propozycje. Mógł dyskutować o tym godzinami. Managerowie – bogowie, tam na górze, chcieli mieć spokój, a nie męczyć się ze zmienianiem czegoś na lepsze.

Z drugim kolegą, Niemcem Hansem (bez Klossa), obecnie pracuję w Szwecji. Jeszcze cięższy przypadek od Zoltana. Na rozmowie obiecano mu projektowanie elektroniki, a w praktyce wylądował w testach. To tak, jakbyś kupił Mercedesa, a później okazało się, że to Fiat Punto.

Hans jednak swoje żale wylewa wszędzie, w tym na zebraniach. Nie ma głupszej rzeczy. Nic nie zmieni, bo w dużej firmie potrzeba na to lat i trzeźwego kierownictwa. Strzela sobie w stopę, stresuje się tym, opowiada mi, że po pracy jeździ nad rzekę poparzyć na płynącą wodę w ramach odstresowania bo inaczej by nie wyrobił. Głupi, powinien machnąć na to ręką.

Tak wygląda korpo-życie w pigułce. Jeśli widzę, że coś jest źle i można to naprawić, proponuję zmiany góra dwa czy trzy razy i się zamykam. Nie chcą skorzystać z dobrego pomysłu, to nie. Wtedy to nie jest już moja sprawa. Trzeba umieć odpuścić, bo nie chcę spędzać nad rzeką dwóch godzin dziennie tylko po to, żeby odreagować pracę.

Umiesz liczyć, licz na siebie. Staram się rozwijać na własną rękę. Z tego wynika też moje parcie na wcześniejszą emeryturę. Kiedy nie będę już pracować, nie będę się musiał dzielić z korporacją moim czasem.

Dlatego do pracy, przychodzę tylko po pieniądze. Wszystko inne w lepszej wersji można dostać gdzie indziej.

 


Listę wszystkich wpisów znajdziesz w ARCHIWUM. Jeśli chcesz otrzymywać nowe artykuły na maila – zapisz się do newslettera.