by Rafał Santoro - Jak nie pracować przez całe życie

Szukanie pracy. Ile mi zajęło?

11/06/2018 by Rafał Santoro
Szukanie pracy. Ile mi zajęło?

O tym jak mi poszło szukanie pracy po powrocie ze Szwecji.

W sierpniu zeszłego roku postanowiłem zmienić ścieżkę kariery. Do tej pory testowałem systemy wbudowane. Dla tych z Was, którzy nie są techniczni: to testowanie elektroniki na której jest oprogramowanie. Może to być telefon komórkowy, lodówka lub jak w moim przypadku komputery pokładowe i inne kontrolery w samochodach. To sprawdzanie, czy oprogramowanie jakie wgrało się np. na komputer w samochodzie robi to co trzeba.

Możecie mi nie uwierzyć, ale zweryfikowanie czy wycieraczki albo światła w samochodzie działają poprawnie może zająć kilka tygodni – to są setki wymagań. A takich funkcji jest ze 150-200 w zwykłym Fiacie, nie mówiąc o samochodach z kamerami i radarami (systemy Active Safety), które teraz są reklamowane często w telewizji.

Dosyć przynudzania. Postanowiłem zmienić branżę, ponieważ:

  • w testach byłem „przywiązany” do hardwareu, a to oznacza brak możliwości pracy zdalnej,
  • generalnie tam gdzie jest hardware jest większy burdel i opóźnienia w procesach – sprzęt to dodatkowa zmiennia,
  • niższe zarobki niż w programowaniu,
  • jest większe zapotrzebowanie na programistów niż testerów embedded.

Większa mobilność, lepsze pieniądze i mniejszy bałagan (stres) w pracy – o to mi chodzi. Biorę pod uwagę, że może mi się nie udać przejść na emeryturę w 2022-23 roku. Wtedy moje cierpienie złagodzi np. praca na 3/5 lub pół etatu, najlepiej zdalnie.

Wraz ze wzrostem zarobków będę po kolei wpadać w wyższe progi podatkowe, o ile nie będę na działalności. Wtedy zamierzam obcinać etat do 4/5 lub 3/5 – będę mieć więcej wolnego czasu i mniej moich pieniędzy pójdzie w socjalistyczny zasiłkowy gwizdek.

Podobny: Szukanie nowej pracy – wątpliwości

Przygotowania go godziny zero

W sierpniu 2017 roku podjąłem powyższą decyzję. Pracowałem wtedy w Szwecji, a mój kontrakt kończył się w marcu. Miałem dużo czasu, rozleniwiłem się więc zabrałem się na dobre za naukę dopiero w październiku. Ech, życie.

Sprawdzałem portale z ogłoszeniami o pracę i różne raporty. Jaki język programowania jest najpopularniejszy? Jakie jest zapotrzebowanie w różnych regionach Polski? Ile zajmuje jego nauka? Ile płacą?

Kandydatów było kilku: Java, JavaScript, Python, C#, C++. Biorąc pod uwagę wszystkie parametry jakie sobie założyłem, zdecydowałem się na naukę Javy.

Kupiłem kilka kursów na Udemy i zacząłem je orać po kilka godzin dziennie. Nawet po kryjomu w pracy.

Jak już wiedziałem kiedy wracam do Polski napisałem piękne CV i konto na LinkedIn. Zacząłem polować na nowego pracodawcę.

Szukanie pracy – Rekrutacja nr 1

Był to software house z Krakowa. Pierwszym etapem był test online. Od kolegi wiedziałem jakiego typu są zadania więc przerobiłem z 20-30 podobnych w internecie. Po teście dziewczyna z HR powiedziała, że taki wysoki wynik trafia się im bardzo rzadko. Niedobrze. Wcale nie czułem się na siłach – w obiektowym programowaniu dopiero raczkowałem.

Drugim etapem była zdalna rozmowa z managerem i rozwiązywanie zadań. Manager udostępnił mi swój pulpit i zacząłem pisać kod. Połączenie było wolne, samo przejechanie kursorem w odpowiednie miejsce kodu zajmowało kilka sekund.

Przemęczyłem się tak godzinę. Trochę wiedziałem, trochę nie, ogólnie myślałem, że nie poszło źle. Zapytałem managiera wprost „Jak mi poszło?”. Powiedział, że średnio, że ma jeszcze dziesięć osób do wyboru. Mówił to jeszcze z pogardliwym tonem na zasadzie „Ja tu jestem managierem i to umiem, a ty jesteś nowy i nie umiesz i jesteś głupi”.

Poczułem się jak przedmiot, 100% korpo podejście. Tuż po rozmowie postanowiłem, że jeśli się dostanę to będę zadowolony bo nauczę się Javy, a jeśli nie, to też będę zadowolony. Nie chcę mieć managera który jest kutasem. Takich ludzi nie ma w moim otoczeniu i nigdy nie będzie.

Na szczęście się nie dostałem. Znajomy rekrutował się tam w podobnym czasie co ja i opowiadał mi jak to wygląda od środka. Grupą nowo przyjętych osób pomiatają. Szkoleniowiec umawia się z nimi na cały tydzień szkoleń pomiędzy 10.00-16.00, po czym nie przychodzi. Albo wpada do sali, mówi, że w firmie będą zwolnienia. To, że to był głupi żart, przyznaje dopiero po dwóch dniach. Ufff…

Rekrutacja nr 2

Wysłałem CV na ofertę z internetu. W odpowiedzi na maila dostałem zadanie z algorytmem do zaimplementowania. Po otrzymaniu rozwiązania zadzwonili, ale okazało się, że to zupełnie coś innego. Po cterech minutach rozmowy pożegnaliśmy się.

Rekrutacja nr 3

Kolejny software house z Krakowa. Mała firma, kilkanaście osób. Pierwszy etap techniczny przez telefon. Poległem kiedy facet zaczął drążyć temat hashowania w Javie. Trudno.

Rekrutacja nr 4

Firma z mojego rodzinnego miasta, rekrutacja na stanowisko projektanta elektroniki i programisty. Nie do końca to co chciałem, ale jeśli pieniądze byłby dobre, to mógłbym mieszkać w swoim mieszkaniu prawie za darmo (300 zł czynsz + rachunki), mieszkać w górach i w ogóle wieść wygodne życie.

Na rozmowie okazało się, że chodziło bardziej o testowanie. Potrzebowali kogoś, kto im zautomatyzuje testowanie. Tu już miałem sporo do powiedzenia. Mówili, że to ich najdłuższa rekrutacja. Rozgadaliśmy się na temat możliwych implementacji – szło dobrze bo to wyglądało tak, jakbym już tam pracował. Do tego na pytania w stylu:

„- Zakładając, że bym się dostał, to kto byłby moim managerem, z kim bym pracował itp.”

odpowiadali:

„- Będziesz pracować z…”

Cały czas używali trybu twierdzącego, jakby już zadecydowali. Pomyślałem „Ocho, wezmą mnie”.

Po kilku dniach chcieli mi zlecić zrobienie systemu do testowania. Pytali ile chciałbym za to zarobić? Jest szansa, że kiedyś będę tego żałować, ale odmówiłem.

Znam tylko 20-30% rozwiązania którego oni potrzebują. Reszty musiałbym się uczyć samemu lub jeździć na szkolenia kosztujące po kilka tys. zł. Ciężko coś znaleźć o tym w internecie, trzeba mieć kontakt z ludźmi, którzy w tym siedzą.

To wszystko oznacza stres i siedzenie w pracy do późna. Mam sporo do zrobienia w swoim życiu i nie mam czasu na pracę. To mogła być kopalnia złota, bo takie rozwiązania mógłbym sprzedawać innym firmom, ale potrzebuję czasu na życie swoim życiem. Etat to maks, co mogę pracodawcy oddać.

Rekrutacja nr 5

Ostatnia. Krakowska firma w której pracowałem kilka lat wcześniej. Zaprosili mnie na rozmowę, ale na programistę C++. Niestety, nic na ten temat nie wiedziałem. Niech dadzą mi dwa tygodnie na naukę, a to ogarnę. Dali trzy.

Kierownik który mnie odebrał z recepcji, zgarnęliśmy coś do picia z kuchni, posadził mnie w sali bez okien i powiedział, że przyśle dwóch ekspertów do wywiadu technicznego.

Trochę się bałem, że przyjdzie dwójka typowych programistów, którzy siedzą w C++ od dziesięciu lat i już nie pamiętają, jak to jest nie umieć. Moje dziesięć dni doświadczenia może nie wystarczyć.

Przyszli ubrani w t-shirty i krótkie spodenki. Dobry znak. Rzucili pięć zadań i zostawili mnie na dwie godziny. Początkowe były łatwe, ale reszta mnie zniszczyła. Na szczęście na koniec pogadaliśmy sobie o samochodach elektrycznych bo to ich interesowało, a ja sporo o tym wiem. To trochę podratowało sytuację.

Potem wrócił kierownik jeszcze z jednym kierownikiem. Znowu dwóch na jednego.

Od razu pierwsze pytanie „Jak oceniam swój wynik z rozmowy technicznej?”.

O nie, oni ze sobą już rozmawiali i wiedzą, że niewiele umiem. Chciałem odpowiedzieć, że „Do dupy”, ale powstrzymałem się i rzuciłem „może 3 w skali 0-5”. Kiwnęli głowami.

Później przez 1.5 godziny pytali, dlaczego wróciłem, czego oczekuję itp. Powiedziałem im prawdę, że chcę programować, wrócić do miejsca które znam, zarabiać 5-6 tys. zł netto i tak dalej. Jeden z kierowników trochę drążył więc nie byłem do końca pewien, czy to co słyszy go irytuje czy satysfakcjonuje.

W pewnym monecie coś mi tłumaczyli, a ja powiedziałem, że rozumiem jak działa ten proces z punktu widzenia kierownika i nie muszą mi tłumaczyć. Jeden popatrzył na drugiego, powiedział „noo, widać, że mamy do czynienia z doświadczonym pracownikiem”. Dobry znak.

Wyszedłem z firmy po pięciu godzinach rozmów i przegrzanym mózgiem. Ale spacerując po osiedlu które znam, w mieście które lubię, strasznie zazdrościłem korpo szczurom którzy kręcili się w godzinach obiadowych w tej okolicy. Też tak chciałem. Mieć spokój, w miarę jako tako pracę i multisporta. Bo wtedy mogę się skupić na realizacji mojej życiowej misji.

W trakcie remontu, będąc cały pokryty gipsem i szpachlą, zadzwonił kierownik i zaproponował kwotę z przedziału który podałem. Powiedziałem ok. On się trochę zdziwił. Pewnie widełki były wyższe. W tym roku mam dużo do zrobienia i im szybciej będę to mieć za sobą, tym lepiej.

Powrót do wyścigu szczurów

Po dwóch miesiącach bezrobotności wracam do wyścigu szczurów. Przez najbliższe kilka lat zamierzam zostać w jednym miejscu i robić co trzeba. Chciałbym dorobić się emerytury w 5 lat i przeprowadzić się do Trójmiasta. Kraków jest super, ale zła jakość wody i powietrza go dyskwalifikuje jako miasto na całe życie.

Jeśli nie uda mi się przejść na emeryturę za 5 lat to liczę, że mógłbym w obecnej firmie pracować zdalnie, lub pół zdalnie, np 2 dni w biurze. Pendolino z Gdańska do Krakowa jedzie tylko 5.5 godziny, a za kilka lat pewnie jeszcze szybciej.

Zobaczymy co z tego wyjdzie. Po kilku pierwszych dniach w pracy mogę powiedzieć, że jest dobrze. Za kilka miesięcy będę mógł już pracować przez jeden dzień w tygodniu zdalnie.