by Rafał Santoro - Jak nie pracować przez całe życie

Warto naprawiać zamiast wyrzucać

20/04/2020 by Rafał Santoro
Warto naprawiać zamiast wyrzucać

Czy nie warto naprawiać, bo taniej jest kupić nowe? Prosty rachunek ekonomiczny pomija kilka ważnych kwestii.

Zauważyłem to wśród znajomych i rodziny. Często nie fatygują się, żeby naprawiać zepsute rzeczy. Nie zastanowią się, czy się w ogóle da. Domyślne działanie to „wyrzucić -> kupić nowe„.

Im zepsuta rzecz jest tańsza, tym szybciej leci do kosza. Kiedy kumplowi wypadł przełącznik z listwy zasilającej, od razu zwinął i ruszył w stronę worka ze śmieciami. Powiedziałem mu, żeby mi ją dał, bo wystarczy machnąć dwa razy taśmą izolacyjną…

W bezmyślnym pozbywaniu się dóbr widzę marnotrawstwo. Nie tylko chodzi o pieniądze, ale również o nasz czas i umiejętność kreatywnego myślenia.

Oszczędność czasu i pieniędzy

Tracimy za każdym razem kiedy wyrzucamy coś, co da się jeszcze wykorzystać i uratować.

Kiedy zaczęło mi się urywać ramię w moim ulubionym plecaku, w 2 minuty zaszyłem problem. Koszt nitki i igły zerowy, a plecak posłuży mi drugie tyle.

Cieszę się, bo nie wygląda jak te paskudne laptopowe-korpo-plecaki. Na pewno wiecie o co mi chodzi, takie obłe z logami firm. Najśmieszniej wyglądają w nich drobne uczestniczki wyścigu szczurów, w drogich żakietach i szpilkach, które często taki plecak całkowicie zakrywa.

Kosztował mnie ok. 80 zł. Prosta naprawa wydłużyła jego życie o drugie tyle.

Gdybym musiał kupić nowy, straciłbym czas. Na chodzenie po sklepach w realu czy internecie. W trakcie zakupów łatwo „przy okazji” kupić coś dodatkowego, oczywiście zbędnego. Koszty rosną. Tak jak z piciem, jak już wypijesz na jedną nogę to trudno skończyć

Prosta naprawa w 2 minuty zaoszczędziła 80 zł. W przeliczeniu na roboczogodziny daje wypłatę 2400 zł/h. Do tego 1-2 godziny do przodu na zakupach. Trudniej dostrzec tego typu oszczędności niż na mieszkaniu czy samochodzie, ale grosz do grosza, naprawa do naprawy i zbiera się konkretna kwota. Nawet jeśli przykład z plecakiem wydaje się błahy.

Marnotrawstwo

Nie jestem fanem ekologii, prędzej ignorantem, ale wyrzucanie sprawnych lub lekko popsutych rzeczy nie daje mi spokoju.

Przykład: każda plastikowa zabawka. Do jej produkcji zatruto ileś-tam-set litrów wody. Do jej przetransportowania i dostarczenia na półkę sklepową spalono dużo węglowodorów. Chwila zabawy i teraz będzie zalegać na hałdach śmieci przez tysiące lat.

Tak jest z prawie każdą wyrzuconą, nie zużytą rzeczą. Jeśli argument oszczędności pieniędzy i czasu Ci wisi, to może chociaż ruszy Cię ekosumienie 😛

Gdy pozbywam się czegoś, czego nie wykorzystałem w pełni to wiem, że dokonałem nieprzemyślanego zakupu. Taki zakup to marnotrawstwo moich pieniędzy, bo wcześniej musiałem je zarobić i poświęcić na to czas w pracy. To oznacza, że jestem głupi.

Nie lubię tak o sobie myśleć bo mam wysoką samoocenę. Lubię na sobie stosować ten podstęp, bo zmusza mnie do przemyślenia po kilka razy wydawanych pieniędzy. Boję się, że będę żałować i zostanę frajerem we własnych oczach.

Wiem, że mogą zdarzyć się zakupy które okażą się niewypałem z nie własnej winy (np. gruba zimowa kurtka kiedy od lat nie było u nas srogiej zimy). Ja tak zrobiłem, w 2014 roku kiedy było -20 stopni w Krakowie. Ubrałem ją może 3 razy, a od tamtego czasu w zimie jest już ciepło.

Niestety większość tego co ludzie kupują, z góry jest skazane na zmarnowanie, choć przy kasie się wydaje, że „jeśli nie kupię tej bluzki to umrę”. Mamy za dużo dóbr żeby je w pełni wykorzystać.

Nieszablonowe myślenie i satysfakcja

Polecam podejść do naprawy jak do małego wyzwania. Nie być sierotą, która ma dwie lewe ręce od spędzania całego życia przed kompem.

Czy na pewno się da się tego naprawić? W jaki sposób można to zrobić? Czego mogę użyć? Nawet jeśli usterka jest beznadziejna, to może warto zaczekać z kilka dni a coś wymyślę?

Wiadomo, ciągłe kupowanie sprzyja producentom i wpływom z podatku VAT, ale nie sprzyja Tobie.

Próbę naprawy można potraktować jako ćwiczenie intelektualne, nie ma się nic do stracenia, bo przedmiot i tak już jedną nogą jest w koszu.

To rozwija kreatywność, bo zamiast „wyrzucić -> kupić nowe” zaczynasz myśleć. A może się da?

Wierzę że to przekłada się na inne dziedziny życia. Próbujesz rozwiązać drobny problem, zamiast przejechać go walcem o nazwie Allegro. Z czasem nabierasz zadziorności i nie dajesz się już łatwo spławić przez drobne „usterki” w innych dziedzinach życia.

Nie zmarnujesz też czasu, te kilka minut przewijania facebooka/instgrama Cię nie zbawi.

Satysfakcja

Naprawiłeś coś? Brawo, pogratuluj sobie. Nie poszedłeś na łatwiznę, zaoszczędziłeś swój czas i pieniądze. Nauczyłeś się czegoś nowego. Nie zachowałeś się jak niepełnosprawny konsument.

Pracuję z Hindusem i pewnego dnia pożyczyłem mu klej do butów. Odkleiła mu się podeszwa. Opowiedziałem mu jak sztucznie podtrzymuję przy życiu stare buty do biegania, żeby mieć na gorsze okazje (np. do malowania, pływania na dziko itd.). Stwierdził, że ja mam inne podejście, bo tutaj w Europie wszystko się wyrzuca i kupuje nowe.

Opowiedział mi, że u nich w Indiach wszystko naprawiają. Nie ma, że się piłka albo opona przebiła, albo odpadła podeszwa od buta. Tam nic się nie zmarnuje.

Żyjemy w bardzo bogatym miejscu, mamy dostęp do tanich dóbr. Nie szanujemy tego – tak łatwo nam przychodzi wyrzucanie.

Nie wszystko warto naprawiać…

… ale kiedy ryzyko jest małe, to warto.

Ja na przykład w życiu nie zabrałbym się za naprawę rur albo inną hydraulikę w mieszkaniu. Ryzyko zalania jest za duże.

Za to im tańszy i prosty przedmiot, tym większe pole do popisu. Próbuj. Jeśli Ci się nie uda naprawić, to przy rozkręcaniu i wybebeszaniu przedmiotu przynajmniej dowiesz się co jest w środku:

Kiedyś doprowadzałem rodziców do płaczu, nie chcieli mi kupować nowych zabawek

 


PS: Jaka jest wasza najbardziej spektakularna nieudana próba naprawy? 😀 Ja kiedyś spróbowałem przelutować klawiaturę z jednego telefonu do drugiego, i zamiast jednego popsutego telefonu miałem dwa. W tudenckich czasach był to wysoki koszt…