by Rafał Santoro - Jak nie pracować przez całe życie

Im większe koszty życia, tym bliżej do katastrofy

12/02/2018 by Rafał Santoro
Im większe koszty życia, tym bliżej do katastrofy

Chcesz być niezadowolonym z siebie i mieć dużo problemów? Pompuj swoje koszty życia, do woli.

Dawno temu czytałem książkę, której nazwy niestety nie mogę sobie przypomnieć.. Ale nic straconego, dwa najważniejsze wnioski są proste i zamierzam się z Wami nimi podzielić.

Oba są zbieżne z przekazem jaki niesie mój blog. Z dążeniem do wcześniejszej emerytury i upraszczaniem sobie życia poprzez pozbywanie się tego co zbędne.

Pierwszy z nich, cytując z głowy:

W przypadku zwiększenia systemu dwukrotnie, prawdopodobieństwo wystąpienia awarii rośnie czterokrotnie (do kwadratu).

Jeśli zbudujesz urządzenie składające się ze 100 śrubek, a następnie powiększysz to urządzenie o kolejnych 100 śrubek (w sumie 200), to szansa, że coś się zepsuje, nie jest dwa razy większa. Jest cztery razy większa.

Jeśli zwiększymy ilość śrubek trzykrotnie, ze 100 do 300, to szansa awarii rośnie nie cztery, a dziewięć razy (3² = 9).

Tak na chłopski rozum, im dłuższy most czy wyższy budynek, tym dużo większa szansa, że się zawali. Czas i pieniądze które trzeba poświęcić na projekt, budowę itp. rośnie w kwadracie. Jak to się przekłada na nasze życie?

Posiadając dwa samochody zamiast jednego, będziesz musiał cztery razy częściej pracować nad ich utrzymaniem. Budując dom o powierzchni 200 m² zamiast 100 m² będziesz musiał cztery razy częściej coś naprawiać, sprzątać i kłócić się z żoną/mężem o wystrój.

Przykłady można by mnożyć. Jak widać, typowy Polish Dream (bardzo drogi dom/mieszkanie na kredyt, drogi samochód, egzotyczne wakacje, drogie gadżety) prowadzi do znacznego zwiększenia systemu w jakim się żyje.

Stopniowe zwiększanie swojego standardu życia („bo mi się należy za tą ciężką pracę”) nieuruchomienie prowadzi do tego, że będziemy mieli coraz więcej nieprzewidzianych problemów.

Zwiększajmy koszty życia – tak będzie lepiej

Wydaje mi się, że właśnie z tego wziął się minimalizm jako styl życia. Człowiek jest w stanie błyskawicznie nagromadzić tyle, że nie jest w stanie tego ogarnąć.

W dzisiejszych czasach możemy mieć wszystko na wyciągnięcie ręki w mgnieniu oka. Tysiące promocji w sklepach, znajomi chwalący nowymi zabawkami na Facebooku, sąsiad który ma lepszy samochód. To sprawia, że chcemy mieć więcej i więcej. Myślimy, że im więcej rzeczy materialnych posiadamy, tym bliżej nam do szczęścia. A jest zupełnie na odwrót.

Bycie finansowym frajerem to pewna droga do bycia nieszczęśliwym, smutnym i nie zadowolonym z życia człowiekiem.

Gdyby mi odbiło, to za zgromadzone pieniądze mógłbym w ciągu 48 godzin kupić tyle rzeczy w internecie, że nie byłbym w stanie tego zmieścić w domu. Teoretycznie miałbym wszystko, ale na pewno nie byłbym szczęśliwszy.

Nie chodzi tutaj o to, że popadać w drugą skrajność i nie mieć nic. Trzeba znaleźć swój poziom komfortu i oprzeć się pokusie, żeby mieć więcej.

Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem, bo wiem, jak niewiele mi do szczęścia potrzebne. Mieszkanie 30 m², wygodne łóżko, internet, pełna lodówka, kilku znajomych i trochę zainteresowań. To wszystko.

No dobra, może jeszcze ta wcześniejsza emerytura jako wisienka na torcie.

Zwarcie w instalacji

Wszystko co ponad moje komfortowe minimum nie jest mi potrzebne. Muszę o tym pamiętać, bo łatwo się zapomnieć. I tutaj zbliżamy się do drugiego wniosku z książki, której tytułu nie pamiętam:

Im bardziej złożony system, tym większa szansa wystąpienia katastrofy (z ang. „critical failure”).

Czyli im więcej rzeczy posiadamy lub chcemy mieć, im więcej oczekiwań ludzi chcemy spełnić, tym większa szansa, że w którymś momencie przegniemy pałę.

W końcu coś pójdzie nie tak. Im więcej chcemy mieć, tym szybciej i dłużej musimy biec w wyścigu szczurów. Depresja, wypalenie zawodowe, czy nadwyrężenie kontaktów z przyjaciółmi i rodziną to tylko jeden z możliwych scenariuszy.

Im więcej zobowiązań na siebie weźmiemy, tym gorzej. Chęć sprostania oczekiwaniom małżonka, teściów, pracodawcy, pięciuset znajomych na Facebooku nie jest możliwe. Ktoś, kto opiera swoje poczucia szczęścia na tym, o o nim myślą inni ludzie, nigdy nie będzie szczęśliwy. Nie da się spełnić oczekiwań tłumu, bo poprzeczka cały czas będzie podnoszona.

Ja sam miałem z tym problem dopóki nie podjąłem decyzji, jakie jest moje niezbędne minimum i optimum. Pozbywam się wszystkiego, co ponad to. Nie rzadko budzi to zdziwienie wśród innych ludzi, doprowadza do zwarcia w ich algorytmie postrzegania świata.

Ktoś, kto nie gra z nami w tą samą grę jest dziwny, niepoważny, skąpy, „bo ja bym tak nie mógł”. Mnie to nie martwi, bo świetnie czuję się w swojej roli.

Niedawno rozmawiałem z nowym managerem w firmie. Rozmowa przeszła od naszych nieudanych związków z kobietami (on się rozwiódł) do planów na przyszłość. Kiedy wspomniałem, że za 5 lat zamierzam porzucić pracę na etacie, bardzo się zdziwił. Powiedział, że on wszystkie pieniądze jakie ma wydaje i musi pracować do emerytury.

Ja z kolei mu się dziwię, jak to możliwe, że pracując przez 30 lat jako techniczny manager, w jednym z najbogatszych krajów jakim jest Szwecja, jeżdżąc po europie gasząc pożary w projektach (za to się kasuje 50-100 tys. zł miesięcznie) nadal nie odłożył choćby marnych 10 mln szwedzkich koron (~5 mln zł).

Pompowanie kosztów życia nie prowadzi do niczego dobrego. Im więcej mamy, tym bardziej komplikujemy swój system.