by Rafał Santoro - Jak nie pracować przez całe życie

Własna definicja sukcesu finansowego

01/10/2019 by Rafał Santoro
Własna definicja sukcesu finansowego

O własnej definicji sukcesu, a nie jakieś tam z góry narzuconej.

Gotowa definicja sukcesu

Wielu nie ma pomysłu na siebie. Nie wiedzą co robić z własnym życiem, nie mają misji. Na szczęście z pomocą nadciąga szeroko pojęta kultura – telewizja, celebryci i reklamy.

Nie wiesz co ze sobą zrobić? Nie ma problemu. Spójrz na gwiazdy. Nie te na niebie, a na szklanym ekranie.

W co się ubierają, czym jeżdżą, w jakich domach mieszkają i gdzie robią sobie zdjęcia.

Spójrz jak się uśmiechają. Jeśli będziesz mieć to co oni, też będziesz zadowolony. Wystarczy, że weźmiesz udział w wyścigu szczurów i nigdy nie będziesz miał czasu zastanowić się, czy jest Ci to potrzebne. Inflacja kosztów życia i walka o sprostanie wymaganiom otoczenia o to zadba.

Sukces gwarantowany. Zawsze znajdziesz publiczność która bez zapału wysłucha, co osiągnąłeś (czyli co sobie kupiłeś).

To zewnętrzna recepta na sukces. Na co dzień aplikuje ją 90-95% społeczeństwa.

Biedny szczur

Teraz przyjrzymy się wewnętrznej definicji sukcesu, która wychodzi od Ciebie.

Recepta narzucana z góry jest dla wszystkich taka sama. Ta wychodząca z głębi człowieka jest dla każdego inna.

Moja definicja sukcesu może Ci się wydać nieadekwatna, ale dla kogoś innego może być inspiracją.

Moja definicja przedstawia się tak:

  • dochód pasywny pokrywający podstawowe koszty: mieszkania, jedzenia, ubezpieczenia zdrowotnego itd.
  • duża ilość wolnego czasu, 3-4-5 dni w tygodniu na rozwijanie swoich hobby, dbanie o relacje lub spanie,
  • dobra kondycja fizyczna,
  • brak uciążliwych zobowiązań, np. groźna rata kredytu, toksyczny związek lub irytujący sąsiad,
  • mobilność – kawalerkę sprzedasz w dwa tygodnie, mieszkając w domu i spłacając kredyt jesteś uwiązany na dłużej.

Jest tego więcej, ale to te najważniejsze. Wszystkie zebrane razem zwiększa siłę rażenia.

Wolność finansowa odejmie mi wiele zmartwień. Pieniądze? Nawet jeśli coś jebnie i będę zmuszony wrócić na 1-2 lata do pracy, to i tak moja sytuacja będzie lepsza niż 99% społeczeństwa.

Nie spędzę najlepszych dni swojego życia w biurze. Będę mieć czas aby zadbać o siebie i odpoczywać kiedy tego potrzebuję. Nie zabraknie czasu na trening i przyrządzenie zdrowego obiadu, ani zadbanie o relacje z bliskimi i znajomymi.

Będę mieć czas na bycie kreatywnym. Bo kto jest kreatywny po całym tygodniu korpo-kołowrotka?

Mniej więcej tak wygląda moja definicja sukcesu. Odmienna od powszechnie przyjętego, konsumpcyjnego wzoru.

Ale to nie tak

Skoro czytasz mojego bloga to z częścią moich pomysłów się zgadzasz. Pozostałe Ci się nie podobają lub uważasz za przesadę. Nic dziwnego, każdy idzie swoją drogą.

Zachęcam Cię do wymyślenia własnej definicji sukcesu. Mama, nauczyciel, polityk, ksiądz, kolega czy bloger aż się palą, do pokazania Ci, która ścieżka jest „najlepsza”.

Jeśli będziesz bezmyślnie kopiować, skończysz na robieniu tego, co chcą inni.

Patrz na to krytycznym okiem. Wyciągaj co ciekawsze pomysły i testuj.

Ja na przykład miałem ambicję, żeby wyjechać za granicę. Pojechałem, zobaczyłem. Nie było źle, ale w Polsce mi lepiej. Przynajmniej na razie.

Z biegiem czasu zbieram sprawdzone pomysły. Prowadzi to do tego, że w wieku 31 lat mam do ogarnięcia jedną, może dwie (z siedmiu) dziedzin życia. Kilka lat i gotowe, nawet jeśli zdejmę nogę z gazu. Rozpęd nadany przez wolność finansową, wolny czas i sprawność fizyczną pomoże.

Lepszy Rolex w garści, niż gołąb na dachu

Konsumpcyjna definicja sukcesu narzucana nam z zewnątrz pełni też pewną pożyteczną funkcję.

Daje korpo-szczurom na całym świecie powód, aby wstać rano. Choć niechętnie to przyznaję, to bez takiego modelu kulturowego, wielu ludziom trudno by się było połapać w życiu.

Własny, a nie kopiowany z mediów, sposób na siebie traktuję jako modyfikację i ulepszenie pakietu podstawowego, bycie sprytniejszym.

Nie bój żaby

Od kiedy wróciłem do Polski w 2018 roku zapytałem chyba z 15-20 osób o to, do czego dążą. Znaczna większość jest tym zakłopotana, bo sami nie wiedzą. Tak jakoś leci.

To nie powód do wstydu, bo sam wiem jak to jest. Podzielę się swoim, magicznym sposobem na odnajdywanie celów.

Znalazłem w internecie kilka ćwiczeń na wymyślanie własnych goli życiowych.Wybrałem z nich kilka pytań w stylu „Co chciałbyś osiągnąć za 5 lat”. Co 3 miesiące siadam i odpowiadam na te pytania. Zajmuje to tylko kilkanaście minut. To mniej niż wypicie piwa.

Po roku zauważyłem, że większość pomysłów się przewija. To znaczy, że dokopałem się do czegoś dla mnie ważnego.

PS: Jeśli pogonicie mnie w komentarzach to mogę zrobić wpis o tym, jakie konkretnie ćwiczenia wykonuję.

Z listy wybieram 2-5 celów i trzymam je z tyłu głowy. Resztę pomijam. Nie da się efektywnie robić zbyt wielu rzeczy na raz.

Z czasem to do czego dążę coraz bardziej się klaruje. Mam satysfakcję, że nie błądzę i nie kopiuję bezmyślnie tego, co narzuca system.